Na 40-tkę pierwsze w życiu 42,195 km

Czy to było moje marzenie? Nie! Ale bardzo tego chciałam.
Nie, maraton nie był moim pierwotnym marzeniem. Jednak po jego ukończeniu wiem jedno – bardzo tego pragnęłam. Pomysł zrodził się dopiero w trakcie trzymiesięcznego cyklu przygotowań, zainicjowanego przez mojego trenera. To właśnie on, rok wcześniej prowadząc mnie do sukcesu na dystansie 10 km, zorganizował projekt mający na celu przygotowanie nas do królewskiego dystansu 42 kilometrów. Mimo początkowych obaw, ale w pełnym porozumieniu z trenerem, podjęłam decyzję o zapisaniu się na maraton w Krakowie, mając jednocześnie świadomość, że nigdy wcześniej nie przebiegłam nawet półmaratonu.
Osobiście wyznaję zasadę, że droga do celu powinna być przyjemna, choć niekoniecznie łatwa. Czas przygotowań był dla mnie kluczowy, a sam maraton nie stanowił wyczekiwanego z utęsknieniem punktu kulminacyjnego. Treningi w pierwszym miesiącu charakteryzowały się niską intensywnością, co wynikało z mojej wcześniejszej aktywności biegowej. Kolejne miesiące przyniosły wzrost intensywności, a ostatni etap to regularne, cotygodniowe pokonywanie dystansu 21 km – aż cztery razy z rzędu. W tygodniowym planie znajdowała się średnio jedna sesja jogi, 1-2 treningi wzmacniające dedykowane biegom oraz około czterech treningów biegowych, obejmujących bazę, wytrzymałość, podbiegi i długie wybiegania. W tym okresie, zgodnie z radami doświadczonych biegaczy, przeprowadziłam trening jelit i testowałam produkty, które mogłabym spożywać podczas biegu. Ostatecznie zdecydowałam się na żele firmy SIS oraz galaretki Clio Bar.
Prognozy pogody od kilku tygodni zapowiadały się fatalnie, ale do końca tliła się nadzieja na zmianę. Na szczęście mąż przekonał mnie do zakupu odpowiedniego stroju, inaczej pewnie pobiegłabym w narciarskiej termice. Większość moich przygotowań odbywała się na bieżni, dlatego na minusowe temperatury byłam kompletnie nieprzygotowana. Zgodnie z przewidywaniami, wchodząc przed 9:00 na krakowski rynek, temperatura nie przekraczała -1 stopnia Celsjusza i przez większość biegu utrzymywała się w okolicach 2-3 stopni. Mój strój okazał się idealnie skompletowany: mocno zabudowany biustonosz sportowy, cienka bluza do biegania, longsleeve, wiatrówka, legginsy 7/8 oraz długie skarpety ze wzmocnieniami. Dodatkowo ciepło zapewniała mi kamizelka do biegania, która pełniła również funkcję praktyczną – mieściła większość żeli i wodę (ważąc około 1 kg). Ostatnie długie wybieganie odbyłam właśnie z tą kamizelką, co pomogło mi w rozplanowaniu rozmieszczenia niezbędnych rzeczy na docelowy bieg.
Strach i stres pojawiły się na tydzień przed biegiem, a w przeddzień niemal zamknęłam się w sobie. Całe napięcie opadło, gdy o 8:30 stanęłam na krakowskim rynku. Zimno dotarło do mnie w pełni, gdy czekałam w swojej strefie czasowej na start. Było potwornie mroźno, a stopy w pewnym momencie miałam jak z lodu. Start! Ruszyliśmy, a pierwsze kroki przyniosły wręcz zbawienie od zimna. Pierwsze kilometry minęły lekko i przyjemnie. Byłam przekonana, że ta lekkość szybko przeminie, ale stało się zupełnie odwrotnie. Miałam wrażenie, że odliczam kolejne dziesiątki, a nie pojedyncze kilometry. Dzięki zaplanowanemu jedzeniu co 30 minut, czas mijał mi bardzo szybko, niemal nieustannie coś przekąszając. Co zaskakujące, zjadłam wszystko – około 80 g węglowodanów na godzinę – bez żadnych problemów żołądkowo-jelitowych ani mdłości, których się obawiałam przy takiej ilości. Okazało się, że nawet w tej kwestii moje przygotowanie było solidne.
Wnioski z biegu:
- Byłam z siebie niesamowicie dumna, że biegło mi się lekko i nie odczuwałam psychicznego zmęczenia.
- Moje przygotowanie pod względem treningowym, dietetycznym i odzieżowym było bardzo dobre.
- Żałowałam, że stres przed biegiem był tak silny, co odebrało mi radość z oczekiwania na to wydarzenie.
- Żałuję, że biegłam tak asekuracyjnie, spodziewając się tzw. ściany, o której tyle słyszałam. Żadnej ściany nie było, a do końca biegłam jak podczas zwykłego truchtu.
- Muszę bardziej wierzyć w siebie i pamiętać, że moje przygotowanie zawsze jest wyjątkowo perfekcyjne, więc nie powinnam mieć wątpliwości.
- Cieszę się, że nie wyłączyłam powiadomień o tempie ze słuchawek, bo nie miałam konkretnych oczekiwań, a wynik okazał się lepszy niż przypuszczałam.
Podsumowując i przechodząc do sedna – okłamywałam samą siebie, mówiąc, że ten maraton był taki „niechcący”. Bardzo chciałam się sprawdzić. Asekuracyjnie, nie wierząc w siebie w pełni, obstawiłam czas w granicach 4:20-4:29, a na mecie zameldowałam się z czasem 4:17:09! Co więcej, około 5 minut straciłam na walkę z aplikacją Storytel, która się zawiesiła. Nawet w trakcie biegu nie wierzyłam, że mogę osiągnąć tak dobry wynik.
Reasumując, to był pierwszy bieg, podczas którego szczerze stwierdziłam, że lubię to robić. Było bardzo dobrze, a ja byłam świetnie przygotowana. Strach rodzi się w naszych głowach, ale po rozmowie z moją terapeutką wiem, że stres jest również formą treningu, który powinien być częścią naszego życia.